Ethereal Vintage Cz.2 Riley
Siedzenie przed biurkiem męczy,
dlatego gdy usłyszałem historię Aleca, nie mogłem go nie wesprzeć. Pracowałem w
lokalnej prasie, która o dziwo w dobie Internetu szczyciła się ogromną
popularnością. Może dlatego, że wiele wątków zahaczało o gwiazdy ekranu i
sceny? Był też kącik, w którym i ja mogłem się sprawdzić, dlatego czasem
dostawałem grubsze zlecenia za granicą. Kasa firmowa, osoba moja.
Uśmiechnąłem się, obracając długopis
między palcami. Usłyszałem kpiący głos mojego kolegi, który odpowiedzialny był
za kpop i już wiedziałem, że cały czas mi się przyglądał. Jeśli szukał bolca,
mógł powiedzieć. Odmówiłbym mu.
– Jihong, jeśli ci się nudzi, to mogę
ci znaleźć zajęcie.
Zerknąłem na lewo, gdzie to właśnie o
szklany przedziałek opierała się szefowa. Zgrabna i wysoka brunetka, o prostych
jak struny włosach. Zazwyczaj ubierająca obcisłą materiałową spódnicę oraz
białą koszulę, choć bywały wyjątki od reguły, gdy widziałem ją w bardziej
młodzieżowych stylówkach. Była ode mnie młodsza, w zasadzie od większości ludzi
w budynku. Mimo wieku szybko wbiła się na szczyt i zyskała szacunek
współpracowników, w tym również zarządu.
Była jedną z surowszych osób, jakie
poznałem. Jednego dnia mogła się do ciebie uśmiechnąć, mając na języku jakąś
prośbę, aby następnego oznajmić, że byłeś tanią siłą roboczą. Nienawidziłem jej
równie mocno, co szanowałem. Ta kobieta była moim ideałem, gdyby nie fakt, że
nie angażuję się w związki, a z przelotnych romansów wychodzą niespodzianki.
– Nie, szefowo... kończę poprawki i za
godzinę oddam ci do akceptacji.
Odchrząknął, jako jeden z naszego
pięcioosobowego zespołu bał się jej najbardziej. Na pewno jej to schlebiało,
ale pyskaty umiał być tylko w stosunku do innych, niżej stanowiskiem.
– Świetnie – powiedziała bez emocji.
– Riley, chciałabym też od ciebie, abyś skoczył do drukarni. – Zerknęła na
zegarek na nadgarstku. – Jeśli się nie wyrobią do jutra, to będzie poważny
problem z wydaniem.
– Jasne.
Westchnąłem ociężale, wstając. Nie
miałem nic ważniejszego do zrobienia, zważywszy, że jej nagłe prośby zawsze
były na już. Przywykłem po prawie dwóch latach pracy z tą kobietą. Pod tym i
wieloma innymi względami do siebie pasowaliśmy; również nienawidziłem, gdy ktoś
odkładał moje prośby na potem. Nie okazywałem litości, gdy ktoś okazywał
zniewagę. Życie nauczyło mnie, że bycie miłym nigdy nie popłaca. Ludzie nie
szanują twojego miłosierdzia. Ludzie nie rozumieją, ile jest uczuć w jednym
geście. Zaślepieni głupcy.
– Czy muszę wracać potem? – spytałem,
podchodząc do jej gabinetu wydzielonego przez oszklone ścianki.
Kobieta już usadowiła się przed swoim
biurkiem, więc uniosła na mnie swoje ciemne oczy i zaczęła się zastanawiać. Po
raz kolejny zerknęła na nadgarstek, przeliczając w głowie, ile zajmie mi droga
w obie strony oraz konfrontacja z drukarzami.
– Dobrze, ale twoje rubryka też ma
być na jutro gotowa.
Nie musiała mówić mi takich
oczywistości, dlatego uniosłem zadziornie głowę, krzyżując ramiona na piersi.
– Skrzynka – powiedziałem krótko. –
Szkoda papieru, jeśli ci się nie spodoba.
Uśmiechnęła się w ten magiczny
sposób, na który każdego brała. Naprawdę była ideałem, przynajmniej dla mnie.
– Tytuł połknąłeś czy to tylko forma
bycia nade mną? – Podparła sobie podbródek na splecionych dłoniach, łokcie
umieszczając na blacie.
Zaczepki. Przywykłem do tego, że
nawet jeśli byliśmy różnymi stopniami, zaskarbiłem sobie u niej swego rodzaju
podziw. Zupełnie jak ona u mnie. Wiedzieliśmy o tym i pozwalaliśmy sobie na
odpowiedzi z przekąsami, czasem nawet przy reszcie wydziału.
– Lubię być na górze, ale akurat
preferuję swoje stanowisko w obecnej formie.
– Idź już. W innym wypadku mogę się
rozmyślić i będziesz pracował do nocy.
Otworzyła pokrywę cienkiego laptopa i
najwidoczniej powróciła do swojej pracy. Zrozumiałem przekaz. Odwróciłem się i
chwyciłem swoją kurtkę z wieszaka. Pogoda wybitna tego dnia nie była, chociaż
słońce przebijało się spod małych chmurek. Godzina pierwsza po południu, a ja
miałem praktycznie wolne do końca dnia.
Naprawdę lubiłem swoją pracę.
Dziennikarstwo nigdy nie było czymś, co brałem pod uwagę, gdy studiowałem
fotografię. Koniec końców wylądowałem w tym małym brukowcu, który z dnia na
dzień przyciągał coraz to większą rzeszę ludzi. Trzy lata grzałem stołek...
chociaż, jakby się tak zastanowić, to leciał już czwarty rok. Zgubiłem się w
latach, gdy skończyłem studia. Wtedy musiałem przypominać sobie, którym byłem
rocznikiem i który rok mamy obecnie. Dorosłe życie było bez wyrazu. Ciągła
walka o pieniądze, martwienie się rachunkami, troska o nie utratę pracy z dnia
na dzień. Niby mi to nie groziło, ale akurat pieniądze nie były czymś, co
wylatywało mi kieszeniami.
Gdzie w tym wszystkim czas na jakiś romans?
Dlatego właśnie świadomie podjąłem decyzje, że niezobowiązujące relacje się
prostsze i mniej wymagające. Prześpicie się kiedy najdzie was ochota, nie
musicie pamiętać o śmiesznych rocznicach, a już tym bardziej nie robicie sobie
dram o potencjalne zdrady. Kochałem swoje obecne życie miłosne i nie planowałem
z niego rezygnować czy je zmieniać. Po co? Wilk syty i owca cała.
Przechadzając się ulicami, mijałem
wielu różnych ludzi, ale wcale nie podobnych do mnie. Czasem się zastanawiałem,
czy któryś z przechodniów to nie moja rodzina. Niby w Korei było nas trzech,
ale kto liczył ojca wybryki i wpadki? Ja dawno temu przestałem. Nie byłem
zadowolony, że odziedziczyłem po nim nie tylko kolor skóry. W to wchodziły też
niektóre cechy charakteru. Nie mogłem ich zmienić, to jak próba na siłę wmówić
sobie, że jest się kobietą, gdy czujesz się facetem. Natury nie zmienisz i ja
swojej nie mogłem.
Może gdyby moja mama nie zmarła, gdy
ledwo osiągnąłem pełnoletniość... może wszystko wyglądałoby inaczej. Może nie
musiałbym się teraz zastanawiać czy następnego dnia nie stracimy dachu nad
głową. Mówię oczywiście o sobie i Fieście. Minyoon mało mnie interesował. On
zawsze mógł wrócić z podkulonym ogonem do matki lub zatrzymać się u znajomych.
Pracował, mógł robić, co chciał.
Psisko było moją zachcianką i teraz
musiałem zatroszczyć się o niego. W dniu, w którym postanowiłem go adoptować,
jeszcze bardziej obciąłem swoje życie na plusie.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk mojego
telefonu. Wyjąłem go ze spodni i spojrzałem na wyświetlacz, a tam był obcy
numer. Z westchnieniem odebrałem i przyłożyłem urządzenie do ucha, idąc dalej.
– Tak, słucham? – odezwałem się
pierwszy.
– Dzień dobry... ja w sprawie
mieszkania... Czy to nadal aktualna oferta?
Po drugiej stornie słuchawki usłyszałem
bardzo delikatny głos... Aż trudno mi było ocenić, czy należał on do kobiety,
czy mężczyzny, zważywszy, że dookoła mnie był gwar. Pojawił się problem.
Naprawdę nie chciałem mieć pod dachem kobiety, bowiem było to upierdliwe. Nie
byłem głupcem, wiedziałem, że ja lub Minyoon możemy z łatwością się w jakiejś
zakochać albo, niedajkurwaBoże, ją zapłodnić. Czarno-widziałem, ale dziecko
naprawdę było czymś, czego za żadne skarby mi teraz nie było potrzeba.
Rozejrzałem się dookoła, aby w końcu
wyhaczyć małą kawiarenkę, do której od razu wszedłem. Wybrałem stolik przy
drzwiach, bo nie planowałem długo tu siedzieć i nawet jej nie znałem, ale
niekulturalnym byłoby się rozłączyć.
– Przepraszam, musiałem znaleźć
cichsze miejsce – odezwałem się, klapiąc na krzesło. – Mogę wiedzieć, z kim mam
przyjemność rozmawiać?
– Och... Nazywam się Choi Jinwook.
Uśmiech intrygi od razu zagościł na
mojej twarzy. Idealna wiadomość, że dzwoniący był mężczyzną i nie musiałem
spławiać po raz kolejny niewinnej kobiety.
– W takim razie aktualna – zaśmiałem
się. – Proszę wybaczyć, nie przyjmujemy pod dach kobiet, a nie chciałem wyjść
na gbura. Jest pan zainteresowany mieszkaniem z dwoma facetami i psem?
– Tak, czytałem ogłoszenie. –
Uniosłem brew, gdy wyczułem w jego głosie nutkę prowokacji, jakby nawet kpiny.
– Nie mam alergii, nie jestem też roznosicielem żadnych chorób. Mam stałą pracę
więc nie jest problemem wysoki czynsz. Wszystkie dodatkowe informacje mógłbym
podać, gdyby zechciał się pan spotkać na żywo.
Byłem pod wrażeniem, aż nie zwróciłem
uwagi na kelnera, który delikatnie pochylił się nad stołem, aby wreszcie
przykuć moją uwagę. Odstawiłem telefon od ucha, aby poprosić kawę na wynos, a
potem powróciłem do rozmówcy.
Wiedziałem, że mam do czynienia z
kimś wygadanym, być może młodym i pyskatym. Nie potrzebowałem kolejnego
nastolatka, ale skoro miał kasę i pracę...
– Jestem za. Pasuje w sobotę?
– Dlaczego dopiero w sobotę? –
dociekał, a ja poczułem swego rodzaju ulgę. Naprawdę zależało mu na mieszkaniu.
– W tygodniu pracuję do piętnastej,
czasem nawet dłużej. Weekendy mam wolne.
– Hm... – Zamyślił się, a ja po raz
kolejny poczułem się zaintrygowany. Czy ktoś śmiał wodzić mnie za nos?
– W weekendy mam najczęściej sporo
pracy, a wieczorami w tygodniu nie jest lepiej... Zależy mi na szybkiej
weryfikacji, dlatego... – Usłyszałem jakiś dźwięk w tle. – Dobrze, postaram się
jakoś znaleźć czas na sobotę. Napiszę wiadomość z godziną.
– Okej... – Poczułem się zmieszany. –
Ale...
– Masz wolne w weekendy, zależy ci na
lokatorze, więc chyba nie będziesz narzekał?
Potrząsnąłem głową, gdy dotarło do
mnie, że nasza konwersacja nagle zmieniła bieg. Przestał być kulturalny i
zaczął... pokazywać pazur? Czułem, że to może być niebezpieczne, ale kochałem
ryzykować, dlatego wszedłem w tę grę.
– Całkiem szybko pokazujesz swoje
prawdziwe oblicze – zadrwiłem. – Znaj łaskę, będę czekał na wiadomość i
poświęcę sobotę.
– Super. To cześć.
Usłyszałem pikanie i zrozumiałem, że
nie rozumiem nic. Dosłownie. Sprawiało mi to przyjemność, że natrafiłem na
trudny charakter, ale z drugiej strony jakiś denerwujący głosik w mojej głowie
krzyczał, że sprowadzę na siebie nieszczęście, nie pierwszy raz.
Gdy kelner przyniósł moje zamówienie,
odebrałem kubek i od razu wręczyłem zapłatę. Wyszedłem z kawiarni i pośpiesznie
szedłem w kierunku metra. Musiałem szybko dostać się do drukarni, inaczej
szefowa naprawdę urwałaby mi łeb.
~*~
W drodze do domu postanowiłem zrobić
przystanek w szkółce tańca. Budynek był przesadnie kolorowy i pstrokaty. Na
pierwszy rzut oka już każdy wiedział, że w środku jest siedlisko krzykliwych
stworzeń, zwanych potocznie dziećmi. Dlatego z lekkim ociąganiem się wszedłem
po schodkach, by zaraz przemierzać korytarze. Gdy zerknąłem przez szybkę w
drzwiach prowadzących na salę treningową, ujrzałem Aleca z grupą nastolatków.
Nie liczyła ona wielu, może na oko z dwunastu. Uśmiechnąłem się na ten widok.
Chłopak pochodził z Anglii, ale doskonale
odnalazł się w nowym Koreańskim środowisku. Przez pierwsze dwa miesiące dużo
poświęcał czasu na naukę języka, który swoją drogą wciąż szedł mu koślawo, a
potem dorwał już pierwsze zajęcia. Rodzice niechętnie ufali obcokrajowcowi, na
co często się żalił przy kieliszku, ale gdy pojawiły się pierwsze zadowolone
twarze, klientów przybywało. Alec pracował pod moim starym znajomym, który
należał do osób wymagających i rasistowskich, ale o dziwo z łatwością wyciągnął
do niego dłoń.
Blondyn miał w sobie pewien urok,
więc powodzenie miał wpisane w genetykę. Czego nie dotknął, robił to doskonale
nawet w łóżku. Opowiedział mi swoją przykrą historię z Londynu i tylko
utwierdził mnie w przekonaniu, że trwanie u boku jednej osoby jest toksyczne i
beznadziejne. Może nie byliśmy wielkimi przyjaciółmi, ale w seksie nie liczy
się gadane tylko działanie. Nawet jako-tako dogadywał się z moim bratem,
chociaż ten po dwóch tygodniach zaczął być homofonem. Fiesta bez problemu
zaakceptował nowego lokatora, chyba nawet polubił go najbardziej ze wszystkich
poprzednich.
Pewnego dnia jednak postanowił
wynieść się na swoje i nie dziwiłem się temu pomysłowi. Wynajął mniejsze
mieszkanie na wypadek wizyty ojca, który swoją drogą już w Korei był. Ten
człowiek mnie nienawidził... to zbyt lekkie określenie jego niechęci do mnie.
Po chwili zauważyłem, że nastolatki
zaczynają się żegnać z trenerem i zbierać do wyjścia. Zrobiłem miejsce,
opierając się o ścianę obok. Niektórzy zwrócili na mnie uwagę, inni przeszli,
kompletnie ignorując. Młodzież. Żadne nawet się nie przywitało.
Gdy wszyscy byli już w szatni, ja
postawiłem swoją stopę na świętej ziemi. Naprawdę, nie wolno było wchodzić na
ten parkiet w butach wyjściowych i Alec już kilkukrotnie mi to wypominał.
Dlatego właśnie postawiłem tylko dwa kroki i stałem przy drzwiach.
– Blodni! – krzyknąłem, co rozniosło
się echem.
Chłopak odwrócił się do mnie frontem,
a ja posłałem mu uśmiech.
– Riley,
buty... – syknął po angielsku.
Zaśmiałem się w głos. Lubiłem
naciskać na odciski, nawet jeśli balans na krawędzi zawsze był niebezpieczny.
Koniec końców tylko machnął na to
ręką i również poszedł do swojego pokoju. Stamtąd wyszedł już inaczej ubrany no
i oczywiście w innych butach. Wyglądał trochę inaczej... bardziej blado? To chyba
odpowiednie określenie. Z drugiej jednak strony nie było okazji do nabawienia
się opalenizny, a nawet jeśli, mógł nie mieć czasu.
Objąłem go ramieniem, a on spojrzał
na mnie pytająco. Nie sypialiśmy ze sobą praktycznie od czasu jego wyprowadzki,
czyli jakichś dwóch miesięcy, ale na pewno powiedziałby mi, gdyby wreszcie
sobie kogoś znalazł. Jego brak innej reakcji tylko mnie w tym utwierdził.
– Do ciebie? – spytał już po
koreańsku, zapinając suwak od plecaka.
– Dawno nie wkurwiłeś Minyoona, więc
do mnie.
Komentarze
Prześlij komentarz